Momencik, trwa przetwarzanie danych   Ładowanie…

Szukaj



Znalazłem ponad 2382 takie demotywatory

Historia psa, który z łzami w oczach pokonał dystans 200 km, by odnaleźć swoich właścicieli

Historia psa, który z łzami w oczach pokonał dystans 200 km, by odnaleźć swoich właścicieli – Historia Maru, bulmastiffki z rosyjskiej hodowli jest poruszająca, tym bardziej że od tego pięknego, spokojnego psa wprost bije smutek i zwątpienie.Maru miała cztery miesiące, kiedy została kupiona przez parę z Krasnojarska i przez 6 miesięcy żyła życiem każdego szczęśliwego szczeniaka. Ganiała za piłką, chodziła na spacery, gryzła kapcie swoich właścicieli. Po tym czasie jednak jej rodzina doszła do wniosku, że jednak nie mogą pozwolić sobie na psa i tłumacząc się alergią na sierść, postanowiła ją oddać.Skontaktowali się z Allą Morozovą, właścicielką hodowli, w której Maru przyszła na świat i poprosili ją, by przyjęła psiaka z powrotem do siebie."Umówiłam się z nimi, że Maru wraz z opiekunem pojedzie pociągiem z powrotem do Nowosybirska. W ten sposób miała wrócić do mojej hodowli" – relacjonuje Alla. Jak wyjaśniła przed sprzedaniem małej Maru podpisała z jej nowymi właścicielami umowę, która nakazała im kontakt, w razie, gdyby z jakiegoś powodu nie chcieli się nią już dłużej opiekować. Psiak miał jednak inne plany. Maru nie chciała porzucać swojej rodziny, przy pierwszej lepszej okazji uciekła z pociągu.Właściciele odstawili Maru na pociąg, więcej nic ich już nie obchodziło. Mieli problem z głowy. Pod opieką pracownicy Alli, Maru wyruszyła koleją do Nowosybirska. Kiedy pociąg zatrzymał się na maleńkiej stacji niedaleko Achinska, uciekła od opiekunki. Kopnęła łapą drzwi i „wyskoczyła jak kula armatnia” w noc. Udało jej się uciec z pociągu, opiekunka wołała za nią, ale Maru nie wróciła. Jak stwierdziła Morozowa, pies miał atak paniki, właściciele zniknęli mu z oczu i chciał do nich wrócić. Problem był jeden – pociąg zdążył ujechać ponad 200 kilometrów!Rozpoczęły się poszukiwania bulmastiffki. Alla Morozova chciała w nie zaangażować byłych właścicieli psiaka, ale odmówili. – Oddali psa i przestał ich obchodzić – stwierdziła właścicielka hodowli. Jak powiedziała, wcale nie zależało im na losach Maru, która błądziła nocą po rosyjskich lasach. To już nie był ich problem. Morozova uruchomiła wszystkie swoje kontakty, by znaleźć zgubę. Rozdawała ulotki, powiadomiła media. Szczęśliwie zwierzę znalazło się zaledwie dwa i pół dnia później w przemysłowej dzielnicy Krasnojarska – gdzie Maru mieszkała ze swoimi właścicielami.Właścicielka hodowli powiedziała, że ​​to „szczęście”, że podczas tej podróży Maru nie zaatakował żaden niedźwiedź ani wilk. Przypuszczała, że Maru musiała wędrować z powrotem wzdłuż torów, aż do rodzinnego miasta. Na stacji, gdzie ją porzucono, nikt jednak nie czekał. Gdy ją znaleziono, Maru była niesamowicie zmęczona. Miała poranione, zdarte łapy i pyszczek. Wolontariusze, którzy ją odnaleźli powiedzieli, że w jej oczach szkliły się łzy. Aktualnie Maru znajduje się w swojej dawnej hodowli w Nowosybirsku. Tam otrzymała właściwą pomoc medyczną, a Alla Morozova robi wszystko, aby pomóc wrócić jej do normalnego życia."Gdy będzie na to gotowa, zacznę szukać jej nowego domu. Nigdy więcej nie pozwolę jej nikomu skrzywdzić" – zapowiada.
poczekalnia
.. że „Kościół w Polsce podlega brutalnemu atakowi”. Przemysław Czarnek stawia się w roli obrońcy Kościoła - ale co to ma wspólnego z kompetencjami i obowiązkami ministra edukacji? I jak się to ma do konstytucyjnej zasady bezstronności religijnej władz publicznych? – „Te pobicia księży na schodach przed kościołem… To jest brutalny atak na nasze wartości”, peroruje szef resortu edukacji. Jako inspirację do dalszych tego typu wywodów polecam ministrowi Czarnkowi przemówienie Wojciecha Jaruzelskiego z 13 grudnia 1981 roku:  „Atmosfera niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści – sieje spustoszenie psychiczne, kaleczy tradycje tolerancji. (...) Padają wezwania do fizycznej rozprawy z «czerwonymi», z ludźmi o odmiennych poglądach. Mnożą się wypadki terroru, pogróżek i samosądów moralnych, a także bezpośredniej przemocy. (...) Jak długo można czekać na otrzeźwienie? Jak długo ręka wyciągnięta do zgody ma się spotykać z zaciśniętą pięścią?”Ostatni sekretarz PZPR, Mieczysław Rakowski w przypływie szczerości na jednym ze spotkań powiedział: "Nie chcieliście czerwonej dyktatury, to będziecie mieli czarną". Mam wrażenie, że bardzo w tym Kościołowi pomogli..
Rybołów poluje na rybkę –
A wy ile zrobicie podciągnięć? –  Wczoraj o 15:59 zakończyłam swój atak na rekord Guinnessa w podciąganiu się na drążki przez 24h. Mój wynik to 4081 podciągnięć.Poprawiłam poprzedni rezultat o 344 podciągnięć.
Podobno szef jednej z dużych firm przeżył atak 11 września, ponieważ po raz pierwszy odprowadził syna do przedszkola. – Kolejny facet wciąż żyje, bo stał dłużej w kolejce na stacji.Kobieta się spóźniła, bo jej budzik nie zadzwonił.Ktoś się spóźnił, bo utknął w korku na autostradzie w New Jersey.Ktoś inny rozlał przed wyjściem kawę na koszulę.Komuś nie odpalił samochód.Kogoś zatrzymało dziecko.Kolejny nie mógł złapać taksówki.Zwróciłem szczególną uwagę na kobietę, którą obtarł but w drodze do pracy i musiała zatrzymać się w aptece, aby kupić plastry. Oto dlaczego dziś cieszy się życiem i wnukami!Kiedy dzieją się te wszystkie nasze małe końce świata i się wściekam, myślę, że Bóg chce, abyśmy byli tam w tym danym momencie. Następnym razem, gdy pomyślisz, że poranek zaczął się tragicznie, bo dzieci ubierają się powoli, nie możesz znaleźć kluczyków od samochodu, nie trać zimnej krwi.Ktoś pracuje nad tym, aby Cię chronić!
 –
archiwum
Jak masz ponad 25 lat, to pewnie pamiętasz gdzie byłeś, jak zobaczyłeś ten spektakularny atak Amerykanów na Amerykanów. –
Źródło: internet
Co robiłeś, gdy dowiedziałeś się o ataku na World Trade Center? –

Historia najbardziej poruszającego zdjęcia z 11 września - człowiek, który umierał na oczach milionów ludzi

Historia najbardziej poruszającego zdjęcia z 11 września - człowiek, który umierał na oczach milionów ludzi – "Odlatuje z tej ziemi jak strzała. Chociaż nie wybrał swojego losu, wydaje się, że w ostatnich chwilach życia przyjął go".Kim był "The Falling Man", który zdecydował się na skok z wieży WTC11 września 2001 r. Godzina 8.46. W północną wieżę World Trade Center uderza samolot pasażerski American Airlines uprowadzony przez terrorystów Al-Kaidy. Maszyna wbija się w budynek odcinając górne piętra.Setki osób znalazły się w potrzasku. Otacza je ogień i dym. Windy nie działają, a nawet gdyby, to zamieniły się w śmiertelną pułapkę. Zawalone są wyjścia ewakuacyjne. Temperatura wzrasta do kilku tysięcy stopni. Żelbetonowe konstrukcje dosłownie się topią. Ci, którzy mają szczęście, giną w momencie wybuchu. Inni umierają w męczarniach. Wychylają się z okien, by złapać haust powietrza. Tak bardzo pragną oddychać. Ściągają ubrania i machają nimi do ekip ratunkowych w helikopterach latających w pobliżu wież."O Boże! Oni skaczą!"Nie ma jeszcze 9. Richard Drew, fotograf Associated Press odbiera telefon od szefa. Polecenie jest krótkie - Drew ma przerwać pracę i natychmiast jechać pod World Trade Center.Jedzie metrem, którego jest jedynym pasażerem. Na miejscu widzi już nie jedną, a dwie płonące wieże. "O Boże! Oni skaczą!" - zewsząd słychać okrzyki grozy. Rzeczywiście, co chwila od ścian wieżowców odrywają się miniaturowe punkciki. Drew działa instynktownie. Naciska migawkę. Pstryka w zapamiętaniu. Potem okaże się, że zanim dotrze do niego charakterystyczne mlaśnięcie towarzyszące rozbijaniu się ciał, każdej zauważonej postaci zdążył zrobić od 9 do 12 ujęć.Gdy wybije 10:28, upada wieża północna. Richard Drew robi ostatnie zdjęcia i ucieka12 września 2001 r. jedna z jego fotografii pod tytułem "The Falling Man" ukazuje się na okładce "The New York Times'a". Jest wstrząsająca.Pisano, że zbuntował się przeciwko strasznym okolicznościom i po raz ostatni o sobie zadecydował. "New York Times" nie napisał, kim był. Po prostu nie można było tego ustalić. Wystarczyło jednak, że go pokazał.Kim jesteś?Przygotowując materiał, obejrzał wszystkie ujęcia serii "The Falling Man".Ten człowiek był przerażony, lecąc zrywał z siebie koszulę -opowiadał potem dziennikarz. Pod koszulą ofiary Junod dostrzegł pomarańczowy T-shirt. Uczepił się tego szczegółu, a zidentyfikowanie "Spadającego Mężczyzny" stało się dla niego niemal sprawą życia i śmierci. Po pierwsze, chciał oddać mu hołd, po drugie - przywrócić "Skoczków z WTC" do narodowej pamięci.11 września "The Falling Man" był w restauracji "Windows on the World" w północnej wieży WTC. Bo to jej obsługa nosiła charakterystyczne białe fartuchyBył piękny, słoneczny poranek, Nowy Jork budził się do życia. Brakowało szefa kuchni Michaela Lomonaco- spóźnił się do pracy. Gdy w końcu zbliżał się do budynku, w wieżę uderzył samolot. Mężczyzna z przerażeniem patrzył w górę, modląc się, by jego koledzy uszli z życiem. Modlił się na próżno - zginęli wszyscy, którzy tamtego ranka przebywali w lokalu.Lomonaco był przekonany, że wie kogo widzi na zdjęciu. Jego zdaniem "The Falling Man" to Jonathan Briley, inżynier dźwięku w restauracji.11 września w pamięci Amerykanów nie jest dniem takich osób, jak "The Falling Man".Fakt, że ktoś był w stanie wyskoczyć z okna WTC jest nadal zbyt bolesnyTo, jak zginęli otwiera ranę, ale jest też czymś, co zarazem ją zabliźniaHistorie, takie ja "The Falling Man", płyną w świat i czynią Amerykę silniejszą, dając lekcję namwszystkim "Odlatuje z tej ziemi jak strzała. Chociaż nie wybrał swojego losu, wydaje się, że w ostatnich chwilach życia przyjął go".Kim był "The Falling Man", który zdecydował się na skok z wieży WTC11 września 2001 r. Godzina 8.46. W północną wieżę World Trade Center uderza samolot pasażerski American Airlines uprowadzony przez terrorystów Al-Kaidy. Maszyna wbija się w budynek odcinając górne piętra.Setki osób znalazły się w potrzasku. Otacza je ogień i dym. Windy nie działają, a nawet gdyby, to zamieniły się w śmiertelną pułapkę. Zawalone są wyjścia ewakuacyjne. Temperatura wzrasta do kilku tysięcy stopni. Żelbetonowe konstrukcje dosłownie się topią. Ci, którzy mają szczęście, giną w momencie wybuchu. Inni umierają w męczarniach. Wychylają się z okien, by złapać haust powietrza. Tak bardzo pragną oddychać. Ściągają ubrania i machają nimi do ekip ratunkowych w helikopterach latających w pobliżu wież."O Boże! Oni skaczą!"Nie ma jeszcze 9. Richard Drew, fotograf Associated Press odbiera telefon od szefa. Polecenie jest krótkie - Drew ma przerwać pracę i natychmiast jechać pod World Trade Center.Jedzie metrem, którego jest jedynym pasażerem. Na miejscu widzi już nie jedną, a dwie płonące wieże. "O Boże! Oni skaczą!" - zewsząd słychać okrzyki grozy. Rzeczywiście, co chwila od ścian wieżowców odrywają się miniaturowe punkciki. Drew działa instynktownie. Naciska migawkę. Pstryka w zapamiętaniu. Potem okaże się, że zanim dotrze do niego charakterystyczne mlaśnięcie towarzyszące rozbijaniu się ciał, każdej zauważonej postaci zdążył zrobić od 9 do 12 ujęć.Gdy wybije 10:28, upada wieża północna. Richard Drew robi ostatnie zdjęcia i ucieka.12 września 2001 r. jedna z jego fotografii pod tytułem "The Falling Man" ukazuje się na okładce "The New York Times'a". Jest wstrząsająca.Pisano, że zbuntował się przeciwko strasznym okolicznościom i po raz ostatni o sobie zadecydował. "New York Times" nie napisał, kim był. Po prostu nie można było tego ustalić. Wystarczyło jednak, że go pokazał.Kim jesteś?Przygotowując materiał, obejrzał wszystkie ujęcia serii "The Falling Man".Ten człowiek był przerażony, lecąc zrywał z siebie koszulę -opowiadał potem dziennikarz. Pod koszulą ofiary Junod dostrzegł pomarańczowy T-shirt. Uczepił się tego szczegółu, a zidentyfikowanie "Spadającego Mężczyzny" stało się dla niego niemal sprawą życia i śmierci. Po pierwsze, chciał oddać mu hołd, po drugie - przywrócić "Skoczków z WTC" do narodowej pamięci.11 września "The Falling Man" był w restauracji "Windows on the World" w północnej wieży WTC. Bo to jej obsługa nosiła charakterystyczne białe fartuchy.Był piękny, słoneczny poranek, Nowy Jork budził się do życia. Brakowało szefa kuchni Michaela Lomonaco -spóźnił się do pracy. Gdy w końcu zbliżał się do budynku, w wieżę uderzył samolot. Mężczyzna z przerażeniem patrzył w górę, modląc się, by jego koledzy uszli z życiem. Modlił się na próżno - zginęli wszyscy, którzy tamtego ranka przebywali w lokalu.Lomonaco był przekonany, że wie kogo widzi na zdjęciu. Jego zdaniem "The Falling Man" to Jonathan Briley, inżynier dźwięku w restauracji.11 września w pamięci Amerykanów nie jest dniem takich osób, jak "The Falling Man". Fakt, że ktoś był w stanie wyskoczyć z okna WTC jest nadal zbyt bolesny.To, jak zginęli otwiera ranę, ale jest też czymś, co zarazem ją zabliźnia.Historie, takie ja "The Falling Man", płyną w świat i czynią Amerykę silniejszą, dając lekcję nam wszystkim
 –  W geście solidarności z "ofiarą" odbyło się kilka dużych manifestacji w hiszpańskich miastach. 20-letni mieszkaniec aglomeracji Madrytu przyznał się w środę do złożenia fałszywego doniesienia w sprawie rzekomego okaleczenie go przez napastników kierujących się nienawiścią wobec mniejszości seksualnych. Domniemany atak od poniedziałku stanowił główną wiadomość w hiszpańskich
Pozostawiony służbowy laptop z otwartą pocztą Gmail - takie zdjęcie na konferencji prasowej w Kancelarii Prezesa Rady Ministrówzrobił reporter TOK FM – A jak będzie kolejny wyciek danych, będą nam wmawiać, że to atak najlepszych hakerów z Rosji
Moja armia jest gotowa, zaatakujemy po zmroku –
Stawianie się szeryfowi to kiepski pomysł –
0:23
Cholerne koty! –
archiwum
Te dzieciaki znalazły się wśród 9 zabitych we wczorajszym amerykańskim ataku lotniczym na członków ISIS w Kabulu - ogłosił Tajuden Soroush, starszy korespondent wojenny Iran International. – Centralne Dowództwo Stanów Zjednoczonych (CENTCOM) poinformowało, że jest świadome ofiar cywilnych. Celem nalotu był pojazd przewożący co najmniej jedną osobę powiązaną z afgańskim oddziałem grupy Państwa Islamskiego. Dowództwo USA stwierdziło, że kilka eksplozji po uderzeniu, dowodziło o przewożonej dużej ilości materiału wybuchowego, który mógł spowodować dodatkowe ofiary.Talibowie potępiają amerykańskie ataki dronów na bojowników Państwa Islamskiego po czwartkowym ataku samobójczym na lotnisku w Kabulu.Talibski rzecznik określił operację jako „wyraźny atak na terytorium Afganistanu”.W poniedziałek amerykański system antyrakietowy przechwycił rakiety lecące nad stolicą w kierunku lotniska.
 –  Siły zbrojne USA przeprowadziły atak za pomocą drona na planistę tzw. Państwa Islamskiego we wschodnim Afganistanie - podało Dowództwo Centralne (CENTCOM). Terrorysta miał zostać zabity. To odwet za krwawy zamach w Kabulu. Talibowie w pobliżu lotniska w Kabulu, przed którym doszło do zamachu /STRINGER /PAP/EPATalibowie w pobliżu lotniska w Kabulu, przed którym doszło do zamachu/STRINGER /PAP/EPA
Były mistrz Polski w zapasach ukradł paliwo, uciekając spowodował kolizję, a na koniec chciał wrzucić policjanta pod jadące samochody – Jak donosi portal poscigi.pl, we wtorek 24 sierpnia Erwin I. zatankował paliwo na jednej z zielonogórskich stacji i uciekł bez płacenia. Kawałek dalej uszkodził swoim autem szlaban i odjechał. Niedługo później alfa romeo 147 prowadzona przez byłego zapaśnika zderzyła się z osobowym renault scenic. Na miejsce wezwani zostali funkcjonariusze oraz karetka pogotowia ratunkowego. Były zapaśnik został zabrany do karetki, gdzie ratownicy chcieli go przebadać. Gdy tylko opuścił pojazd, wpadł w szał, odmówił podania swoich danych i rzucił się na próbującego wylegitymować go policjanta. Agresywny 25-latek próbował wepchnąć funkcjonariusza pod jadące samochody. Na pomoc mundurowemu przybyli ratownicy medyczni. Dzięki ich interwencji udało się obezwładnić byłego sportowca i skuć go kajdankami. Mężczyzna trafił do radiowozu.To nie pierwszy podobny incydent z udziałem 25-letniego byłego mistrza w zapasach. Wcześniej, w 2017 r. Erwin I. podczas interwencji pobił kilku policjantów. Jednemu złamał nos, a drugiego uderzył tak mocno, że ten wypadł z mieszkania wraz z futryną i drzwiami. Wówczas do zatrzymania mężczyzny potrzeba było niemal dziesięciu policjantów
 –
51-latek ukradł z marketu whisky. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że mężczyzna poruszał się na wózku inwalidzkim, zaatakował ochroniarzy i uciekł z miejsca zdarzenia –  Co zrobił? Co ukradł? Na czym uciekł? nieźle
archiwum
O tym, że psy przygarnięte i adoptowane ze schronisk oddają nowym rodzinom całe serce, krążą legendy. Jednak niewiele historii jest tak niezwykłych, jak historia mieszkającego w Australii dobermana Khana i półtorarocznej Charlotte. – Początkowo nic nie zapowiadało tragedii – mała Charlotte bawiła się na trawniku przed domem, a niedaleko niej odpoczywał Khan – przygarnięty cztery dni wcześniej doberman. Obserwowała ich matka dziewczynki, Catherine. Nagle zachowanie psa wzbudziło jej niepokój – Khan zaczął powarkiwać i przeganiać Charlotte. Kiedy jego działanie nie przyniosło żadnego skutku, złapał ją za pieluszkę i zdecydowanym ruchem odrzucił ponad metr od miejsca, w którym do tej pory się bawiła. Po chwili wszystko stało się jasne – pies próbował obronić ją przed wężem z gatunku Mulga, dość popularnym w Australii i jednym z najbardziej jadowitych na świecie. Dzięki tej interwencji Khan ocalił dziecko, przyjmując atak węża na siebie. Chwilę później zaczął wyć i zemdlał, jednak dzięki szybkiej interwencji weterynarza i podaniu surowicy wrócił do zdrowia. Jak podkreślają eksperci dzięki temu, że wąż wbił się w psią łapę, nie mógł wstrzyknąć do organizmu zbyt dużej ilości jadu. Gdyby wbił się w ciało dziecka, efekt końcowy mógłby być tragiczny.